Zanim urodziłam, wiele się naczytałam. Część zdobytej wiedzy była niezbędna, część pomocna, a część okazała się jedną wielką pomyłką. Największa część jest jednak przeze mnie nadal nie ogarnięta, więc dalej czytam i czytam i uczę się na własnych błędach lub sukcesach.
Na chustę do noszenia niemowlaczka napaliłam się jak szczerbaty na suchary. Nie wiedziałam o niej nic, poza tym, że zdrowa dla dziecka, wygodna dla matki, korzystna dla rozwoju fizycznego i psychicznego, niezastąpiona, a nosidełka są złe, niezdrowe, niebezpieczne, nieładne itp. Więc zachwyciłam się metrami płótna o konkretnym charakterystycznym wybranym nieelastycznym splocie. Zachwyciłam się, po czym urodziłam dziecko. Tzn usiłowałam urodzić, bo mi je wyciągali przez cesarskie cięcie. Po powrocie do domu, chusta leżała, bo leczył mi się pocięty brzuch. Kiedy wróciłam do minimalnej formy, z radością wyjęłam chustę, wzięłam niemowlę i zamotałam się. Efekt był żałosny. Dziecko nosem wgniecione w moje cycki opadało na jeden bok. O, to na pewno nie jest zdrowe dla jego kręgosłupa – pomyślałam, i czym prędzej uwolniłam drące się już w niebogłosy maleństwo. A miała uspokajać, i dawać poczucie bezpieczeństwa. Pomyślałam jednak, że najprawdopodobniej wina leży po mojej stronie i nie wystarcza przejrzeć tylko instrukcji obsługi i zamieszczonych w niej poglądowych obrazków. Przeczytałam więc fora internetowe. Dowiedziałam się o dociąganiu i wysokości wiązania nazwanej „swobodny całus w główkę”, o tym że dziecko ma być najedzone, przewinięte, wyspane, zadowolone. Jeśli ma być zadowolone, to bezużyteczna staje się funkcja uspokajająca chusty. Podjęłam więc kolejne próby poprawnego zamotania się. Bezskutecznie. Hormony po porodzie jeszcze mocno dawały o sobie znać, czego efektem był wołający o pomoc opis na komunikatorze „Jebana chusta”. Reakcje na ten opis były dwie, jak dwie panny – roztropna i nieroztropna: koleżanka zapytała mnie, co się stało i usłyszawszy odpowiedź wyjaśniającą przyczynę moich nerwów, podała mi linki do filmików instruktażowych, dzięki którym nauczyłam się poprawnie wiązać chustę; natomiast osoba, od której otrzymałam w prezencie tę najlepszą i upragnioną chustę po cichu żywiła urazę do moich niewdzięcznych słów. Przez to zresztą spotkałam się po pewnym czasie z krytyką ze strony jej męża, czego rezultatem był mój płacz, utrata mleka na ponad tydzień i za mały o pół kilo miesięczny przyrost wagi Michasia. Otrząsnąwszy się jednak, powróciłam do prób wiązania dziecka. Zamotany prawidłowo Michaś jednak nadal pomimo dociągnięcia przechylał się na jeden bok. Może dlatego, że ja jestem drobną mamą, a on jest większym niemowlęciem? Ponadto przylegając mocno, a przylegać mocno musi, bardzo ulewał, ponieważ je co godzinę, więc zaraz po zamotaniu, musiałam go odwiązywać i wycierać jego, siebie, chustę… jeśli nie ulewał, to się zasikiwał i trzeba było go znów odwiązać i przewijać… jeśli nie ulewał i nie był zasikany, to krzyczał z głodu, bo nadszedł czas karmienia. I tak bez końca. Zamotanie, odmotanie… Przez chustę więc wiele łez wylałam i wiele nerwów zszarpałam. Mleko na szczęście odzyskałam. Chustę nie raz pizdnęłam w kąt, o ścianę lub w ogóle za drzwi, byle jej nie widzieć i nie denerwować się bardziej niż to warte. Po 3 miesiącach prób, kiedy pomimo prawidłowego i sprawnego już wiązania dziecko nadal się buntowało, pizdnęłam chustę w kąt ostatecznie. Teraz czeka, aż Misiek podrośnie. Zrobię z niej ogrodowy hamak.
Kupiłam używane nosidełko (za jedną trzecią ceny sklepowej). Tak do testu, żeby je sprawdzić, a na test fortuny wydać nie chciałam. Wyboru dokonałam w ciągu jednego dnia. Infant Olca - certyfikaty, atesty, superprodukt pisma jakiegośtam, najczęściej ponoć wybierana firma, w rozsądnej cenie. Zapięcie krzyżowe i pas biodrowy. Przeznaczony dla dzieci od 3 miesiąca do 12 kg.
Dzisiaj więc, jak tylko przyszła paczka, przystąpiłam do testów. Nosidełko bardzo szybko i łatwo się zakłada, więc Michaś jeśli tylko chce, może jeść i sikać co chwilę. Aby wyjąć go i włożyć ponownie do nosidełka, nie muszę odpinać wszystkich zabezpieczeń (i nie ciągną się kilogramy metrów materiału). Zapięcie krzyżowe na plecach okazało się nie mniej wygodne niż chusta. Dziecko wkłada się bezproblemowo i siedzi ono prosto i pewnie. Nie wygina się na boki i nie jest przygniatane do mojej klatki piersiowej. Na dodatek nosidełko ma śliniaczek, który zabezpiecza mój dekolt przed śliną, bo o ulewaniu nie ma mowy, co było normą podczas noszenia w chuście, gdy Michał się zgniatał. Dziecko asekurowane oparciem swobodnie może się rozglądać w nosidełku, co nie bylo możliwe w chuście. Jest też chłodniejsze – chusta bardzo grzeje – nosidelko ma przewiewne elementy z tzw oddychającego materiału 3D. Nawet mój mąż z radością założył nosidełko z synkiem. Raz dwa i założone. Raz dwa i zdjęte. W sam raz dla niecierpliwka, który co chwila chce czegoś innego – jeść, spać, sikać. Po dłuższym noszeniu nie bolał mnie ani brzuch, ani plecy, ani ramiona – przy chuście najbardziej bolał jednak brzuch. Najwyraźniej chusta nie jest przeznaczona dla kobiet po cesarce. W krajach, skąd chustowanie się wywodzi przecież nie ma czegoś takiego jak cesarskie cięcie…
To chyba na tyle z moich spostrzeżeń. Śmiem twierdzić, że chusty są przereklamowane, a nagonkę, że nosidełka są Złe, prowadzą producenci chust i ich zmanipulowani klienci. Jeżeli nosidełka mają certyfikaty i atesty, to nie wierzę, że są Złe. Mogę jedynie tylko dodać, że ani razu nie słyszałam o śmierci niemowlęcia spowodowanej korzystaniem z nosidełka, a o śmierci niemowląt w chustach ostatnio było wystarczająco głośno. Oczywiście można powiedzieć, że „to trzeba umiejętnie wiązać” albo „to przypadek tylko jednego producenta”, ale tak na serio – dobrze widzę jak moje dziecko reaguje na chustę najlepszej wg mnie firmy, widzę jak ja na nią reaguję, i szczerze przyznaję, że wolę szybkie i wygodne nosidełko. Na przekór nagonkom i liczę się z tym, że idąc publicznie z dzieckiem w nosidełku spotkam się nieraz z nieprzyjemnymi spojrzeniami chustujących kobiet, które w myślach będą na mnie fukały oceniając mnie jako „Złom Matke”. Tak… Bo ja „Złom Matkom” jestem. A mina synka rozglądającego się radośnie w nosidełku, kiedy ja mogłam spokojnie się poruszać po domu była dziś niezastąpiona! (jak się okaże nosidełko Infant było złym wyborem, o czym mowa w następnych notkach, kórych można przeczytać jak wybrałam nosidło ergonomiczne – dop. 9.05.2010)
gema