SYN SYN ACK ACK!!!

Jako, że z wyuczonego zawodu jestem informatykiem pozwoliłem sobie zażartować w tytule ze schematu zestawiania sesji protokołu TCP. Jednakże w tym wypadku SYN nie jest bynajmniej skrótem od synchronizacji. W naszym gemo-delfinowym protokole ŻYCIE zestawiono nową sesje typu SYN.

Ogłaszam zatem co następuje. Dziś, dnia pańskiego 23 grudnia 2009 (wigilia wigilii) o godzinie 13:40 urodził się gemo-delfinowy syn o wdzięcznym imieniu Michał. A chłop to potężny bo waży 4350 gramów. Gdyby zaś kogoś naszła ochota na wszelakie dokładniejsze pomiary to zdradzić w sekrecie mogę, że od pięty do czubka głowy z 57 cm możnaby naliczyć :) Dostał 10/10 punktów w tej śmiesznej skali, której nazwy zapamiętać nie mogę. Aby zaspokoić wszelaką ciekawość dodam, że syn urodził się przez cesarskie cięcie, zaś dumna mama Gema czuje się dobrze. Wyjdzie za 4-5 dni. W szpitalu oboje mają genialną i bardzo profesjonalną obsługę. Jednym słowem jest cacy :D

W przypływie tatowej dumy pozwolę sobie zamieścić kilka zdjęć nowo-narodzonego potomka.

Michał - wersja zintegrowana. Tak wyglądał syn jeszcze w brzuchu mamy.

A oto pierwsze zdjęcie Pana Michała

Michał robi płaku płaku, do czasu aż nie zostanie owiniety w cieplutki kocyk.

Michał udaje że się uśmiecha. Bo co ma niby robić w 10 minut po narodzinach.

Zupełnie jak mały chińczyk :D

Na szczęście chwilę później otwiera oczka

Michał po jedzonku trzyma mamę za palec. Słodkie, nieprawdaż?

Metka dołączona do syna, coby go nie zgubić. Karty gwarancyjnej niestety nie było :P

Gemusia z Michałkiem... a z tyłu żyrafa w truskawce XD

A na sam koniec postanowiłem dorzucić kilka otrzymanych na gadu/jabberze/fejsbuku gratulacji za które hurtowo dziękuje:

  • Amakuro: Gratzy Iru :P
  • Rec: Oficjalne gratulacje ode mnie  i mojej mamy dla ciebie i Baśki ;) / swoją drogą to niezły prezen na gwiazdkę. dobrze “wymierzone” ;)
  • Tokiaru: gratuluje :) najlepszy prezent na swieta
  • Arion: delfinie zdjecia na kurwa blogu bo bedzie wpierdol !!!! / i kiedy basia wypuszczaja?
  • Selunia: grtulaaaacje!!!!!! / przekaz rowniez żonie ;] / ale fajnie!!!
  • Cute: Gratuluje :D Ty to dopiero masz prezent na gwiazdke :)))
  • Adamsky: Jeszcze raz gratulacje / brawo
  • Ewa K: gratulacje:) / świetny prezent pod choinkę:) / ;)
  • Konrad B: WIELKIE gratulacje!!!!!!! / super :) / gratulacje Tatusiowi i Mamusi :D / i pozdrów MIchała :)
  • Michał K: no stary, gratuluje!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! / piekne imie :D / i kawal chlopka jak widze
  • Marzena B: !!!!!!! Gratulacje dla Tatusia!!!!!!! no i dla Mamusi:)
  • Frośka: graty!;]
  • Okruszek: Gratulacje! :)
  • Grabarz: Gratulacje!!! no to teraz można do ciebie mówić per “staruszku” ;)
  • Kira: Przesrane…(głasku..głasku..)
  • Michał S: Lubię! Gratulacje! Świetne imię :>

Dziękuje także w imieniu żony i własnych za wszelkie telefony, życzenia powrotu do zdrowia, itp. Jesteście wielcy ;) i na koniec dorzucę demotywator zapodany przez Adamskiego na fejsbuku:

Jest w tym wiele prawdy :)

Z tego wszystkiego zapomniałem się podpisać!

delfin

Your wife is hot!

(14:21:07) irukard: http://forums.themanaworld.org/viewtopic.php?f=5&t=7750&p=74413#p74413
(14:21:09) irukard: :)
(14:24:59) Kage|School: irukard: your wife is hot, I think Ill put a picture of her up in my room so I can think about her when I touch my self
(14:25:26) irukard: cool ;) do you want higher res? :P
(14:26:17) Kage|School: :(
(14:26:35) Kage|School: that was intended to creep you out

Logi z IRC’a niejednokrotnie były inspiracją notek ;)

delfin

mgr (mogę głównie rodzić)

Obroniłam tytuł mgr, czyli teraz już mogę głównie rodzić. Czekając na swoją kolej prowadziłam przed salą luźną rozmowę ze stojącym w pobliżu chłopaczkiem (na oko będącym w moim wieku). Jak typowa zidiociała (z nerwów) kobieta naopowiadałam mu jak to wizja pękającego krocza przy porodzie pozwoliła mi przestać przejmować się samą obroną pracy magisterskiej.  Przy okazji także nie omieszkałam nieco ponaśmiewać się bezczelnie ze swojego własnego tematu do którego przedstawiłam stosunek cyniczno sceptyczny. W pewnej chwili ów chłopaczek zniknął w pokoju, by za moment pokazać się już bez szalika i bez skórzanej kurtki, za to w białej koszuli z koloratką i dziekanem za plecami wzywając mnie do środka. Wiedziałam, że ostatnio nie często pojawiałam się na uczelni, ale żeby nie poznać własnego recenzenta? :D Oh, well… Promotora za to poznałam bez problemu na szczęście. Widząc najpierw mój wielki 102 cm obwodu brzuch, a potem resztę mojej osoby przywitał mnie radosnym okrzykiem O, jak pięknie wyglądamy! No i cała obrona trwała z 5 min łącznie z podziękowaniami, uśmiechami i podpisami. No i zakończyła się pomyślnie. Trwający sześć lat koszmar skończył się! Mogę odetchnąć, otrzeć pot z czoła, łzy z policzków, krew z rąk i mleko spod nosa. Czas oddać legitymację studencką i znaleźć inny sposób uzyskiwania zniżki na bilety do kina.

A Michał ważył w tym wielkim dniu 1800 g :)

Michał 1800 g

Ponadto z Mężem nieustannie podtrzymującym mnie na duchu (i podczas chodzenia po schodach) przemalowaliśmy pokój:

trikolor

A pierwszy tego sezonu śnieg w Warszawie wyglądał tak:

let it snow

gema

ciekawe czasy

Staram się nie wpadać w panikę. Po tym, jak obejrzałam kilka filmików z naturalnego porodu, przestałam bać się obrony pracy magisterskiej. Mówią to tylko formalność. Nie mogą tego powiedzieć o porodzie. A nasz mały kopacz dzielnie wbija swoje małe piętki w mój prawy bok, wątrobę, żebra… Bardzo żywe dziecko :) Dziś mnie obudził o czwartej nad ranem, bo najwyraźniej uznał, że to doskonały czas na zabawę. Dobrze, że jest, przynajmniej nie stresuję się dzisiejszą obroną. Hormony robią swoje i zamiast uczyć się całą noc smacznie spałam :) W porównaniu do tego, co mnie czeka w okolicach 16 grudnia, to ta obrona na prawdę nie powinna mnie przerażać.  Niebawem będę jechać na uczelnię, a w myślach będę powtarzać: wdech wydech wdech wydech parcie pękające krocze pępowina łożysko krew pot i łzy. No i pierwszy krzyk oczywiście :) I nowonarodzony Michałek podawany mi przez Ukochanego Męża. Tak będę myśleć. Potem odpowiem na jakieś pytanie, lub kilka dotyczących mojej magisterki – przecież znam temat doskonale i będę mogła wrócić do domu i zająć się z Mężem Wielkimi Przygotowaniami:  zamówienie łóżeczka, wózka, kupienie ubranek, przewijaka, wanienki, środków do pielęgnacji młodej mamy i noworodka, karuzelki, pozytywki, itd itp

A jeszcze w zeszłym roku spędzałam październik w warszawskich klubach. Cieszę się, że dożyłam tych ciekawych czasów.

gema

Dom trzaskających drzwi – recenzja 1-go odcinka telenoweli

Rozważmy czysto hipotetyczną sytuację, gdy seniorka rodu prawie płacząc mówi:

Dziękuje Ci Basiu, że obsrałaś mnie przed całym światem!

Po czym oddala się w bliżej nieokreślonym kierunku, zasadniczo zmierzającym ku górze, stanowczo trzaskając drzwiami. O ile fakt trzaśnięcia drzwiami w tym domu mógłby zostać pominięty, ze względu na kilka otwartych okien i możliwość zaistnienia przeciągu, o tyle żaden przeciąg nie zmusi Babci do wypowiedzenia powyższych słów. Zastanówmy się zatem co mogłoby spowodować takie “przejęzyczenie się”. W obliczu czysto hipotetycznej sytuacji, pozostaje mi jedynie gdybanie, domniemywanie, szukanie dziury w całym, szydełkowanie, robienie na drutach… Z pewnością co inteligentniejsi czytelnicy zrozumieli o co mi chodzi. Wracając jednak do kwestii inteligencji czytelników, z przykrością muszę stwierdzić, że z tą jest różnie. No ale nie ubliżając nikomu, winę za obecny stan rzeczy wolałbym zwalić na “nieumiejętność czytania tekstu ze zrozumieniem”, wszak nie wypada o dalszej rodzinie mówić tak jakby to dobitnie ujął Dr House: “You are an idiot!” albo “You are an idiotic idiot!”. Więc nie wypowiadając na głos zbyt wielu obelg kontynuuję moje przypuszczenia. Zdaje się jakaś niedouczona gimnazjalistka, a prawdopodobnie wnuczka rozjuszonej seniorki rodu, nie poznawszy jeszcze pojęć “kontekst interpretacyjny“, “prawidłowa interpretacja“, “chce mnie przeruchać równie niedouczony dwudziestotrzylatek“, wyciągnęła nieprawidłowe wnioski. Te zaś w postaci ubarwionej zapodała swojej szanownej matce. Ta zaś w postaci ubarwionej-ubarwionej przekazała je innej “nieplotkującej” rodzinie. Ta zaś, że w ubarwianiu jest wielce trenowana w postaci ubarwionej-ubarwionej-ubarwionej przekazała nowinę seniorowi rodu. Ten zaś, że za wiele nie spamiętał przekazał je w postaci ubarwionej-ubarwionej-ubarwionej-ubarwionej rzeczonej Babci. I wyszło, że wraz z małżonką “SRAMY” na Babcię. Co oczywiście prawdą nie jest, ale mogło by być. Bo potrafilibyśmy “SRAĆ” na dalszą rodzinę. Tylko czy warto bawić się w plotkarstwo i wypominać wszystkie pijańskie wybryki, zdrady, ucięte członki i wszystkie te rzeczy które powinny dawno pójść w niepamięć. Trzeba będzie się zastanowić nad jakąś publicystyką w stylu “Faktu” lub “Super Expresu”. Wszystkich urażonych powyższym tekstem odsyłam do nauki Chrystusa Jezusa Pana Waszego Jedynego i kazań Radia Maryja. Nadstawcie drugi policzek, trzeci, piąty i dziesiąty… jak macie. A i jeszcze jedno. Czujemy się obrażeni. Bo niby co obraźliwego było w tym tekście:

Popłakałam tęskniąc za rodzicami kilka nocy. Mąż utulił ze zrozumieniem i obiecał, że będziemy często rodziców odwiedzać. Przyzwyczajam się powoli (bardzo powoli!) do {CENSORED}, która wciska nos w każdy zakątek mojego życia (czy jadłam, czemu spałam do 11, dlaczego nie schodzę, czy byłam w pracy, dlaczego mamy tyle rzeczy w pokoju i po co nam to wszystko). Grzecznie pomrukuję, nie mając obowiązku tłumaczenia się z czegokolwiek, pochylając się dalej nad laptopem i moją wciąż nie zakończoną pracą magisterską. Tak. Tymczasowo mieszkamy w tym samym domu, co rodzice i dziadkowie mojego męża. Ma to swoje wielkie wady i wielkie zalety. Mamy do dyspozycji drugie piętro z wielką łazienką, ale dostęp do kuchni znajdującej się na parterze jest ograniczony. Głównie z tego powodu, że ciężko mi chodzić na górę i na dół.

A jeszcze jedno. Jak chcecie się bawić w obgadywanie i wzajemne opluwanie wyślijcie SMS o treści TAK na numer 506 041 757. Koszt ustala operator.

delfin

House

House. I w tym miejscu można dać dwa podstawowe linki:

http://ling.pl/house#words?act[0]=1&word[0]=house&lang[0]=

oraz

http://pl.wikipedia.org/wiki/Dr_House

Warszawa. Moje ukochane miasto.  Jedyne w swoim rodzaju. Dla innych brzydkie i nie do wytrzymania. Ja widzę w nim zarówno zalety jak i wady, ale nadal pozostaje ono dla mnie ukochanym miastem. Nie tylko dlatego,  że się w nim wychowałam. 14 lat mieszkałam w dzielnicy Warszawy dość odizolowanej od centrum i bliżej Parku Kampinoskiego. Nie wychowałam się w blokowisku i wiem, co to znaczy zimą palić w piecu i odśnieżać chodniki. Po przeprowadzce do bloku te obowiązki na szczęście już nas nie dotyczyły.

Nic nie zastąpi mi widoku Warszawy nocą. Nic nie zastąpi mi wyboru centrów handlowych. Snobizm mi akurat nie przeszkadza. Wszystko jest dobre w umiarze. Także snobistyczne upodobanie do markowych ciuchów i wielkiego wyboru towaru jaki jest w stolicy.

Korków i tłumów w komunikacji miejskiej można nauczyć się omijać.  W zamian ma się zagwarantowaną anonimowość i względny spokój.

Miesiąc temu opuściłam moje ukochane miasto, aby zamieszkać z moim ukochanym mężem.

Popłakałam tęskniąc za rodzicami kilka nocy. Mąż utulił ze zrozumieniem i obiecał, że będziemy często rodziców odwiedzać. [CENSORED 02.10.2009] Tymczasowo mieszkamy w tym samym domu, co rodzice i dziadkowie mojego męża.  Mamy do dyspozycji drugie piętro z wielką łazienką, ale dostęp do kuchni znajdującej się na parterze jest ograniczony. Głównie z tego powodu, że ciężko mi chodzić na górę i na dół.

A ciężko mi chodzić, ponieważ przed ślubem ważyłam 48 kg (niedowaga), a teraz ważę 63 kg. I nie jest to nadwaga. To prawidłowy ciężar, biorąc pod uwagę, że mały pełzak w moim brzuchu waży już pół kilo. Mały pełzak od dwóch tygodni nauczył się nowej zabawy – kopania mamy w łokieć. Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam i kiedy oprę w zamyśleniu rękę na brzuchu, który nie mieści się już w zwykłych t-shirtach i jest podtrzymywany przez klasyczne podręcznikowe ogrodniczki, nagłe kopnięcie przypomina mi, że mam lokatora, który i tak ma dość ciasno nawet bez mojej ręki. Na razie czułę kopniaki są zamienne z zabawnym przebieraniem nóżkami, rączkami i wbijaniem główki, czy pośladków w mamine wnętrzności. Czuję jak rozciągają mi się żebra i kości miednicy. Tak jakby mnie złożyli z niepasujących części i zapomnieli o uszczelkach i podkładkach.

Kiedy 4 miesiące temu zaszliśmy w ciążę śnił nam się Michał. Nie próbowaliśmy więc zwracać się do dziecka w inny sposób, ale awaryjnie przygotowaliśmy imię dla ewentualnej dziewczynki (Ewelina – pochodzenie celtyckie).  Kiedy przyszedł czas na usg, które mogłoby ustalić płeć dziecka, przez chwilę bałam się, że będę musiała się teraz szybko przyzwyczaić to wizji różowego pokoju z różowymi lalkami barbie i kolekcją Witch na DVD. Lekarz jednak powiedział najpiękniejsze, co mogliśmy usłyszeć, poza tym, że jest zdrowe: “chłopiec”. Więc jednak będą klocki lego, resoraki i G.I.Joe :D Doskonale! Teraz zastanawiam się tylko jaki będzie miał kolor oczu :) A jego oczy widział już mój mąż na USG. Ja nie widziałam… ja leżałam obok monitora. Mąż widział nóżki, rączki, usteczka, policzki no i siusiaczka :D Piękny duży siusiak :) po tatusiu :) Jestem taka dumna :D A Michał najwyraźniej czuje, że właśnie się cieszę, bo zaczął mnie znowu łaskotać.

Powoli przyzwyczajam się do mniejszej ilości snu. Budzę się skopana od środka o 2 i 4 rano.  Ciężko mi znaleźć wygodną pozycję do leżenia. A brzuch będzie coraz większy.  Przywykłam już także, że kiedy mąż wraca z pracy i radośnie zbliża się w moim kierunku to najpierw wita się z moim brzuchem, a dopiero potem moje stęsknione usteczka mogą dostać buziaka. Cieszę się, że mogę dać mu tą upragnioną radość i synka :) Będę miała wesoło z dwoma łobuzami.

Wieczorami oglądamy kolejne sezony Dr House.  Cieszę się, że dopasowaliśmy się pod względem filmowych upodobań. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym chodzić z mężem tylko na żałosne romantyczne komedie, podczas gdy on chciałby na kino akcji i sensacje i oboje byśmy byli niezadowoleni. Na romantyczny wypad do kina poszliśmy ostatnio na filmy takie jak  Star Trek, Terminator, Transformers 2… I nikt tu nie naciąga swoich upodobań, aby się głupio dostosować. Dobrze jest mieć życie, w którym potrzeba jest jak najmniej kompromisów. Nie musimy tolerować swoich upodobań. Nasze upodobania są na tyle zbliżone, aby je naturalnie akceptować.  Tolerancja to bardzo przykre i negatywne słowo.

Jestem szczęśliwa. Pomimo tego, że czuję się może trochę starzej. W torebce prawo jazdy. Przed domem samochód. Na palcu obrączka. Michał dokazuje. Mąż w pracy. Rodzice w Warszawie. Kot nie żyje… Jednak przez 17 lat przywiązałam się do mojej kici jak do nikogo innego. Nie miałam serca, aby wziąć nowego kota. Żadem mi nie zastąpi tamtej, z która żyłam od pierwszej klasy szkoły podstawowej, przez liceum i całe studia. Aby zabić smutek po niej, wyszłam za mąż, wyprowadziłam się i będziemy mieć dziecko.  To na pewno jest jakieś wyjście ;)

A tymczasem przyszła do mnie paczka z zamówionymi książkami, bo mąż się zgodził, żebym sobie je kupiła na własność, skoro są jedne z moich ulubionych :) On też ceni książki tak bardzo jak ja :) Z drugiej strony zakupiliśmy sobie też nowy komputer, bo ja cenię sprzęt tak samo jak on :D Najważniejsze to dobrze się dopasować. Reszta to dobra wola.

Idę otworzyć paczkę z książkami i posprzątać pokój przed powrotem męża.

gema

Michalek

Michaś waży już 0,5 kg i jest chłopcem :D

Narzeczeńska rzeczywistość

Wiele się dzieje wokół Nas, dlatego w imieniu Gemy, jak i własnym chciałbym przeprosić wszystkich tych, którzy czują  się “zaniedbywani”. Postaram się także, pokrótce udzielić odpowiedzi na jakże ogólnikowe pytanie “A co tam u Was słychać”. Tyle tytułem wstępu. Wszak jakaś rozgrzewka musi być, po tak długim okresie niepisania.

gema_i_delfin

ilustracja: Ślimak

Gdyby przyszło mi jakiś czas temu zdefiniować termin “dużo pracy/zajęć/itp”, zapewne powiedziałbym, że to okres kiedy nie ma na nic czasu. Jakże błędną jest to definicją. Czasu jest aż nad to wiele, tylko cały pic polega na tym, że jest skrzętnie konsumowany przez wszystkie czynności które trafiają do kalendarza. Tak skrzętnie, że niekiedy 15 minut przerwy wydaje się wybawieniem i pozwala zjeść śniadanie o godzinie 15. Niemniej satysfakcja z dobrze wykonanej roboty zostaje wielka.

Uczelnia

Ten okres jest dla mnie szczególnie niezwykły. Nie dość, że udało się z niewielkim poślizgiem zaliczyć poprzedni semestr, to już mam zaliczoną większość przedmiotów semestru bieżącego. Taki stan rzeczy przekłada się oczywiście na ilość dostępnego czasu, jaki można poświęcić otoczeniu (po wzięciu poprawki na niezaniedbywanie rodziny). Pokończyłem projekty, które się ciągnęły już od jakiegoś czasu, resztę spakowałem do kartonów i odłożyłem na przyszłość – wszak może kiedyś najdzie mnie chęć skończenia co ciekawszych rzeczy, zaś te kompletnie nikomu nie potrzebne wylądowały w śmieciach. Tak wygląda sprawa uczelniano-pracowo-zawodowo-jakaśtam. W tym tygodniu miałem już 3 egzaminy (wszystkie PRO do przodu), więc został tylko 1 egzamin i jedno kolokwium.

Rodzina

Narzeczeństwo z definicji to okres, który powinien kończyć się  prędzej czy później ślubem. Ci z Was, którzy znają tempo i historię Gemo-Delfiniej znajomości, zapewne obstawiają słówko “prędzej”. Aby nikogo nie rozczarować mogę dodać tylko tyle, że mają rację. Otóż pobieramy się 4 lipca 2009, w zasady “nie ma na co czekać, życie ucieka” ;D Może zatem przybliżę Wam drodzy czytelnicy jak do tego doszło.

W prawdzie wstępne ustalenia dotyczące daty ślubu opiewały na sierpień 2010. W tym czasie chcieliśmy skończyć studia, obronić to co było do obronienia i dorobić się potomka. Plan prosty, a rezultaty jak zwykle nader pozytywne. Nauczeni, że ludzie wielokrotnie w dzisiejszych czasach mają problem z tym ostatnim, poczęliśmy próby poczęcia w życie wdrażać. Po miesiącu intensywnych starań – z nastawieniem na “intensywnych” – przyszedł drugi. No i stało się. Potomek poczęty. Od chwili gdy się o Nim dowiedzieliśmy zyskał codename “Michaś”, wszak debaty nad tym co by było gdyby była to dziewczynka trwały długo. W końcu stanęło na “Ewelina”, bo to celtyckie ładne imię o pozytywnym wydźwięku. Rodzice zarówno Gemy jak i moi przyjęli nowinę z wielką radością. Zapewne bardzo się niepokoili, co dalej się będzie z Nami działo i jak to wszystko będzie wyglądało. Dlatego też postanowiliśmy z Basią pobrać się szybciej niż planowaliśmy. Bo z formalnego punktu widzenia mniej z tym zachodu, zaś separowanie ślubu cywilnego i kościelnego zakrawa na niezłą “szopkę”. Tu wkroczyła moja szanowna Super-Rodzicielka. Cały ślub i wesele skleciła w dwa dni. Sale, kucharki, kapele, księdza oraz milion innych spraw. Z tego miejsca należą się jej wielkie podziękowania. Zaś rodzice Basi zadbali o to byśmy przepięknie w tym dniu wyglądali. Mowa oczywiście o wystrzałowej kreacji Panny młodej i wielkiej pomocy przy poszukiwaniach garnituru dla młodego Pana.

My zaś poddaliśmy się weekendowej ewangelizacji w ramach kursu Filip dla narzeczonych. Było to niewątpliwie “mocne” doznanie. Trudno się nie zgodzić ze zdaniem które padło na samym początku kursu: “Wrócicie z niego (kursu) inni”. Jeżeli ktokolwiek z czytelników chciałby poznać swoją połówkę lepiej, zwrócić uwagę na nowe aspekty wspólnego życia jak choćby wychowanie dzieci, codzienne domowe obowiązki, to naprawdę polecam ten kurs. Jest o wiele bardziej wartościowy niż kursy przy parafiach, które nie dość, że długo trwają, to jeszcze nie wnoszą za wiele do życia. A tak jeden weekend spędzony wspólnie z osobą, którą się kocha, weekend pełen pytań, odpowiedzi, dyskusji i pomysłów na to co robić dalej ze wspólnym życiem. Prosta recepta na bycie szczęśliwym. I najważniejsze jak żyć w spokoju samym ze sobą. Bo jak można uszczęśliwić kogoś, jeżeli nie jest się samemu prawdziwie szczęśliwym.

Przyszłość

Przyszłość jest piękna ;D To wiem na pewno. Piękna nie znaczy pozbawiona pracy. Bo wiele jest do zrobienia i nad wieloma aspektami naszych osobowości trzeba jeszcze popracować. Ale to dobra ziemia i przyniesie z pewnością dobre plony. Wraz z ostatnim egzaminem wynosimy się z komórki pod schodami w Olsztynie i jedziemy pomieszkać w Sokółce przez wakacje. A dalej? ASAP zrobić inż-a i rozpocząć jakże długą drogę wychowania berbecia ;D

Stan ducha

Pełen optymizm. Szczęście, które rośnie wykładniczo wraz z każdą wspólnie spędzoną chwilą. Myśl i optymizm są wielkimi siłami sprawczymi. Nasze podejście do życia kreuje życie. Nie odwrotnie. Życzę wam aby banan z ust Wam nie schodził, abyście nawet na cmentarzu dostrzegali zamiast krzyży “plusy”. Trzymajcie się i piszcie maile. Na SMS rzadko odpowiadam, bo nie mam czasu pisać takich ilości tekstu z pomocą komórki (z Gógle G1 zrezygnowałem na rzecz telefonu dla taty, gdy ten utopił swój poprzedni aparat). Ale pocztę sprawdzam codziennie i cieszy mnie każda wiadomość. Trzymajcie się ciepło.

delfin

Z trasy

Prawo jazdy mam od grudnia 2006r. Do tej pory przeważanie moja corsa podbijała ulice Warszawy i okolic (Pruszków i Magdalenka, hehe…) Jakiś czas temu zdecydowałam, że nadszedł czas, aby auto zmieniło parking, ponieważ mnie w Warszawie coraz częściej nie ma, a w Olsztynie mogę z niego korzystać razem z Narzeczonym. Poza tym wg. moich obliczeń taniej jest (uwzględniając także oszczędność czasu i siły mięśni) podróżować w dwie osoby samochodem niż PKP. Łatwiej jest przewozić bagaże własnym autem, niż dźwigać je z domu do autobusu, potem na brudny dworzec, do brudnego pociągu, potem znów na brudny dworzec, do drugiego brudnego pociągu (bo z przesiadką), potem znów na dworzec, po to aby w końcu zapieprzać na piechotę i mnożąc to dwa razy (bo podróż w obie strony) i znowu dwa razy (bo dwie eosoby) oraz dodając nieuniknione zakwasy i przeziębienie oraz czas oczekiwania na autobusy, przesiadkę i czołgania się pod ciężarem pięciu toreb podróżnych nagle okazuje się, że paliwo w Polsce wcale nie jest takie drogie, a corsa z 1994r jest autem ciepłym, suchym, po prostu… wygodnym…

Przyszedł tym samym czas, aby Gema nauczyła się prowadzić swoje pudełko w trasie. Jak na pierwsze lekcje warunki do jazdy były wyjątkowo niesprzyjające – ślisko i mgła, droga bardzo kręta, zdradliwe koleiny i dziury przy poboczu… Po dwóch godzinach męczącej jazdy opanowałam auto na tyle, że usiadłam wygodniej i odprężyłam się patrząc na drogę przed sobą, która wydała się dość odśnieżona, prosta i bez głębokich kolein.

- Ślisko jest? - zapytał po chwili Delfin, najwyraźniej czymś zaniepokojony

- Nie. – odpowiedziałam łagodnie, po czym dodałam – Puściłam kierownicę.

Chciałam wykorzystać odcinek drogi, który wydawał mi się bezpieczniejszy, na rozmasowanie sobie dłoni zmęczonych trzymaniem kierownicy.

Droga krajowa nr 53 (DK53) – droga krajowa o długości ok. 123 km, leżąca na obszarze województw warmińsko-mazurskiego i mazowieckiego. Trasa ta łączy Olsztyn z Ostrołęką. Najtrudniejszy dla kierowców jest bardzo kręty odcinek pomiędzy Olsztynem a Szczytnem. Maksymalna prędkość jazdy nie powinna przekraczać 60 km/h 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Droga_krajowa_nr_53

gema

Mój pierwszy z Nią raz

Nową notkę sponsoruje firma Dell. W końcu udało się zamienić niewygodną i zacinającą się klawiaturę na coś przyjemnego w dotyku i co najważniejsze funkcjonalnego i do tego nieźle wyglądającego. Tyle tytułem wstępu.

Wiemy dobrze, że każdy kiedyś powinien przeżyć swój pierwszy raz. Nie będę się rozwodził jakie to wspaniałe przeżycie. Wszyscy wiemy o co chodzi. Wszyscy? Eeee, czy ten blog ma flagę “tylko dla dorosłych”? Tak czy siusiak, ja swój pierwszy raz z Basią miałem wczoraj, kiedy to ona rozłożyła na stole…

– nieźle się zaczyna, nieprawdaż? –

… planszę do Scrabble i w akompaniamencie otwieranych puszek warki przystąpiliśmy do zmagań. Zasady były proste – nie naginać za bardzo słownika języka polskiego plus podwójnie premiowane słowa o podtekście erotycznym. Oj działo się działo. Pierwszy raz w życiu udało nam się zakończyć grę bez żadnej wolnej literki. Co prawda na końcu na planszy znalazło się kilka “cokolwiek.dziwnie.brzmiących.wyrazów”, ale czego się nie robi w imię idei. Zapytacie pewnie kto wygrał. Oczywiście powinienem odpowiedzieć, że liczy się sama gra a nie zwycięzca, ale nie wypada mi tutaj nie wspomnieć, że dostałem po dupie 383 do 359. Jak to powiedziałby Kurt Vonnegut Jr. – “zdarza się”. Wszak nie od razu Rzym zbudowano.

Pierwsze Scrabble GemoDelfinie

Pierwsze Scrabble GemoDelfinie

Pytanie… Co to jest ZEG? Jest to zapewne niepoprawne słowo powstałe gdy zostało mi samo “G”, z którym “ówno” się dało zrobić.  Polska wikipedia napomina tylko, że Pan Zygmunt Soloż Żak ma taki pseudonim. Co ciekawe słowo “syfa” jest odmienione poprawnie i podwójnie punktowane – bo chodzi tu o Syfilis; dorzućmy jeszcze “zgniją” i mamy bardzo ciekawą mieszankę ;D Chciało by się krzyknąć “This is madness!!!…”, ale na pocieszenie mamy słówko “trzysta”.

Nah! koniec. Ile można gadać o jakiś tam literkach. Trzeba zacząć o konkretach. Z Basią dogadujemy się dobrze, czasami wręcz “za dobrze”, o ile stan taki daje się wyszczególnić. Konwersacje udaje się prowadzić na każdy temat, od pyłku na marynarce po śliczne świecące oczy, przez magiczny poranek po gorące noce. To miłe. No koniec gadania, trzeba Ją przytulić. Tak! Mój śpioszek sam leży. Cóż za niedopatrzenie :D Trzymajcie się. “Kochamy Was… jakby co”.

delfin

…bo to pociąg pospieszny jest!

Warszawa – Olsztyn: 213.4km

Około 4h jazdy pociągiem w jedną stronę. Siedząc przez ostatnie miesiące w domu (ponad pół roku w sumie), ani razu nie pomyślałam, że moje życie może zmienić się aż tak. Po tym jak zamknięta w czterech ścianach, wegetowałam sobie nie odsłaniając nawet rolety w oknie… Po tym jak przeoczyłam zmianę pór roku i jednego dnia widziałam lipcową zieleń drzew i lazurowe niebo, a innego dnia wyjrzałam za okno i zobaczyłam gałęzie całkowicie pozbawione liści i zacinający deszcz… A teraz na dworze biało od śniegu. Teraz zaczęłam żyć. Przypomniałam sobie zapach powietrza, odgłosy miasta, ćwierkanie wróbli. Przypomniałam sobie jak wygląda jasne słońce i poczułam jego ciepło na policzkach.

Dziś rano Krzysztof obudził mnie już ubrany (rano poszedł po bułeczki i mleko). Otworzyłam oczy i ujrzałam najpiękniejsze Stworzenie świata! Uśmiechał się. “Boże, jakiego mam wspaniałego Narzeczonego!” – pomyślałam. Podał mi śniadanie i kawę do łóżka… Wciąż patrzyłam na Niego. “Wygląda tak pięknie… i na dodatek jeszcze coś do mnie mówi! …Zaraz…  Co On do mnie mówi?” – myślałam dalej półprzytomnie i budziłam się powoli w Jego ramionach, starając się oddzielić Jego słowa od mojego snu. Nadal są chwile, kiedy nie mogę do końca uwierzyć w to jak szybko znalazłam się tak blisko osoby, która mnie zachwyciła w internecie i którą pare tygodni temu znałam tylko ze zdjęcia.

Niedawno rozmawialiśmy sobie na jakiś luźny temat. (jak ja się badzo cieszę, że potrafimy ze sobą rozmawiać!) W pewnym momencie zapytałam nie konkretyzując o co dokładnie mi chodzi i całkowicie odbiegając od tematu rozmowy: “A właśnie! Jaka to była odpowiedź?” Krzysztof odpowiedział: “42″ Nie wiem, skąd wiedział, że właśnie o to pytam… Wiem, że byłam najszczęśliwsza na świecie widząc, jak dobrze się rozumiemy…

gema

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.